Polecam

Blog urodowy z męskiego punktu widzenia

Blog urodowy z męskiego punktu widzenia


Witajcie ponownie na moim blogu! Mam nadzieję, że jego odświeżona wersja Wam się podoba ;). Dzisiaj wraz z kilkoma fantastycznymi blogerkami przychodzę do Was z postem o troszkę odmiennej tematyce. Postanowiłyśmy z dziewczynami wspólnie zgłębić temat męskiego punktu widzenia na temat blogów urodowo-kosmetycznych. Pewnie doskonale znacie tą sytuację, w której wracacie do domu po udanych łowach w drogerii z całymi reklamówkami perełek i już Was świerzbią rączki, żeby się pochwalić na blogu w formie haul'a zakupowego lub pogadanki na Instastories. I nagle w drzwiach stoi ON - on, czyli mąż, narzeczony, chłopak, przyjaciel. Co robicie? Kryjecie się z zakupami, szybko rozkładacie je po szafkach, a paragony ulegają autodestrukcji? Czy może najpierw jemu przedstawiacie swoje korzystne zakupy i opowiadacie z dumą, ileż to na tych zakupach udało Wam się zaoszczędzić? ;P Bardzo często to właśnie nasi mężczyźni są jedynymi wtajemniczonymi w naszą wesołą twórczość w Internecie. Wspierają Nas w blogowaniu, sprawiają Nam piękne, kosmetyczne prezenty. Ale jak to wygląda naprawdę? Co o nas myślą? Czy to wciąż kosmetyczna pasja, czy już zakupoholizm? Nasi partnerzy odpowiedzieli na kilka pytań, z których dowiecie się m.in.: jak to jest żyć na co dzień z beauty blogerką, o blogerskich słabościach i wpływie bloga na rozwój jego autorki. Zapraszam!
Ulubieńcy października i listopada - odkrycia i rozczarowania

Ulubieńcy października i listopada - odkrycia i rozczarowania


I gdzie się podział listopad? To już grudzień? Ubiegły miesiąc minął mi na dość chaotycznych próbach ogarnięcia wszystkich moich zadań i obowiązków. Nieoczekiwany, za długi pobyt w kraju, nowe zobowiązania, no i ja wiecznie w "niedoczasie" - to było moje ulubione słówko listopada. Dziś przychodzę do Was z ulubieńcami z dwóch ostatnich miesięcy oraz zdradzę Wam co mnie rozczarowało. W grudniu będzie się wiele działo (mam nadzieję) na blogu, więc zabieram się ostro do pracy, i jak to mawia znana trenerka fitness, już czuję ten pracujący pośladek ;). Nie przedłużając, bo w tym miesiącu dam Wam i sobie odpocząć od moich wypocin i elaboratów, zapraszam do dalszej części wpisu...
Pol lupą. INGLOT

Pol lupą. INGLOT


Witam Was ponownie na moim blogu! Dziś kolejny, i chyba ostatni w tym roku, wpis serii Pod Lupą, gdzie skupiam się na popularnych markach kosmetycznych, głównie polskich, i ich produktach.
Marki INGLOT nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu! To jedna z tych polskich firm kosmetycznych, z których powinnyśmy być dumni! INGLOT ma bardzo ciekawą i długą historię, którą każda maniaczka kosmetyczna powinna chociaż w skrócie poznać. Z marką tą i z jej strategiami wyjścia na zagraniczne rynki, działaniami marketingowymi spotkałam się na studiach. Bardzo często podawana była jako przykład najbardziej znanej w innych krajach polskiej marki lub jako firma stosująca innowacyjne metody sprzedaży, produkcji, wyjścia, dystrybucji. Szczerze mówiąc im bardziej zagłębiałam się w temat, tym bardziej opadała mi kopara. Dlaczego? Dla nas to żadna nowość, wysepki z Inglota są z nami prawie od zawsze. Myślę, że też każda z nas miała przynajmniej jeden kosmetyk tej firmy. Dlaczego więc upieram się, że ta marka jest wyjątkowa? Zakładając ją w 1983 roku (rok wcześniej od MAC) w Przemyślu Wojciech Inglot przebył daleką drogę, podbił wiele zagranicznych rynków i wprowadził wiele nowych, innowacyjnych produktów, zaskakując konkurencję. Mała polska marka stała się znaczącym graczem na rynku kosmetyków kolorowych, mając do zaoferowania jedną z największych palet kolorów w swoim asortymencie. Za granicą produkty Inglot są 3 razy droższe i sprzedawane jako specjalistyczne. Ich produkty są używane przez światowej sławy wizażystów, na pokazach mody, spektaklach, w teatrze. Cała produkcja mieści się w fabryce w Przemyślu, nie jest rozproszona, dzięki temu Inglot może szybciej reagować na zmieniające się trendy i wprowadzać nowości. Nie ponosi zbędnych kosztów na reklamy, nie zaciąga kredytów, nie jest korporacją tylko firmą rodzinną. Jako pierwsza marka kosmetyczna prowadziła kasetki magnetyczne Freedom System umożliwiając dowolne łączenie ulubionych kolorów cieni do powiek, pudrów, róży do policzków, pomadek, korektorów i produktów do brwi. Uff.. czy tylko ja przecieram oczy ze zdumienia czytając te zdania? To wszystko jest o naszym Inglocie powszednim. Wojciech Inglot miał niesamowitą wizję, „Padniemy, jeśli nie będziemy inni niż konkurenci” - mawiał i tutaj zgadzam się z nim w stu procentach, ponieważ sama staram się być w swoich działaniach (również blogowych) oryginalna, inna. 
Czuję jednak, że INGLOT w swoim kraju nie jest tak mocno doceniany jak za granicą. Sama przez jakiś czas byłam na niego obrażona, kiedy zmienił postać cieni w formie kółek na kwadraciki, podnosząc przy tym ich cenę. Po jakimś czasie, za sprawą blogosfery, znów wróciłam do tej marki i bardzo pozytywnie się zaskoczyłam! W ich ofercie znalazłam wysokiej jakości produkty, których odpowiedniki u innych firm są kilkukrotnie droższe. Jeśli jesteście ciekawe co sprawiło, że moje serduszko zabiło mocniej właśnie do tej firmy, zapraszam do dalszej części wpisu...
Jesienne nowości

Jesienne nowości


Cześć! Dziś przychodzę do Was z postem, gdzie mam przyjemność pokazać Wam moje nowe, kosmetyczne zdobycze. Nie będzie to jednak typowy Haul Zakupowy, ponieważ części z tych produktów zaczęłam już używać i mam o nich pewne zdanie, pierwsze wrażenia. Napiszę więc o przetestowanych produktach też parę słów. Z tego wpisu dowiecie się również, czego recenzje pojawią się wkrótce na blogu. Wisienką na torcie są zdjęcia w jesiennym klimacie. Muszę się Wam przyznać, że ich tworzenie jak i obróbka w programie sprawiły mi niesamowitą radość. Nie są to typowe "instafotki" maksymalnie rozbielone z kawą w tle. Ostatnio w blogosferze i na Instagramie trwa gorąca dyskusja na temat idealnych zdjęć, wiele blogerek doradza jak powinny takie zdjęcia wyglądać, wydają poradniki. Niestety wiele zdjęć powiela jeden schemat, przestają być unikatowym dziełem twórcy. Moim zdaniem zdjęcia to klucz do sukcesu bloga, zwłaszcza kosmetycznego. Blog z miłymi dla oka zdjęciami chętniej się odwiedza. Warto jednak pamiętać, że zdjęcia powinny również coś przekazywać, przedstawiać charakter i wizję fotografa, ujmować klimat. Jednak najważniejszym jest, żeby ujęcia Nam samym się podobały, żebyśmy byli zadowoleni z efektu końcowego. To największa wartość dodana do każdego zdjęcia. Na takie właśnie Was dziś zapraszam, ciepłe i klimatyczne, jak jesienny wieczór pod kocem, rozgośćcie się i czujcie jak u siebie w domu.... 
Projekt denko nr 6

Projekt denko nr 6


Dzień dobry! Przychodzę do Was dziś, w poniedziałek, z projektem denko. Przyznam szczerze, że nadając mu kolejny numer byłam w szoku, że to dopiero szóste denko na moim blogu! Wydawało mi się, że było ich o wiele więcej. Biorąc pod uwagę fakt, że na blogu niedługo stuknie roczek, sześć postów ze zużyciami to całkiem niezły wynik. Nie za dużo, nie za mało, a w sam raz. Zauważyłam, że na blogach dziewczyny wracają do denka i publikacji takich wpisów. Często jest to związane z bardzo modnym ostatnio detoksem kosmetycznym. Ich postawa jest naprawdę godna podziwu i projekt denko staje się wtedy jeszcze bardziej uzasadniony. U mnie, jak na razie, takiego detoksu nie będzie. Po ilości pustych opakowań możecie stwierdzić, że mam niezły przerób i niczego nie oszczędzam. Przez lata też wyrobiłam w sobie asertywność i nawet podczas szalejącej promocji, gdy możemy kupić coś za pół darmo, potrafię sobie powiedzieć: nie, nie potrzebujesz tego. Przy zaskoczeniu wielu potrafię wyjść z Rossmanna jedynie z kostkami toaletowymi ;). Oczywiście mam całkiem pokaźne zapasy, są to jednak głownie kosmetyki polskie, których nie mogę kupić tam, gdzie obecnie mieszkam. Staram się wszystko na bieżąco denkować, ponieważ gdy zapasy przekroczą akceptowaną przeze mnie ilość, zaczynają mnie przytłaczać i czuję, że nie panuję już nad tą ilością i nie wiem, co dokładnie posiadam. Znacie to uczucie? ;) Po krótkim wstępie zapraszam na nową porcję zużyć... 
PS, w tym tygodniu pojawi się jeszcze jeden, nadprogramowy post pt. Jesienne nowości. Zainteresowani? ;)
Pod lupą. Nacomi polskie kosmetyki naturalne

Pod lupą. Nacomi polskie kosmetyki naturalne


Polskie, naturalne kosmetyki w dobrej cenie, to wszystko co kocham najbardziej. Dzięki swoim prostym składom i całkiem dobrej dostępności (Hebe) marka Nacomi zwróciła moją uwagę zanim jeszcze stała się tak bardzo popularna. Nie wiem czy wiecie, ale znane i lubiane Biolove dostępne w Kontigo i Nacomi mają ze sobą wiele wspólnego. Produkty te są wytwarzane w jednej fabryce w Węgierskiej Górce przez tego samego producenta. Być może Biolove to specjalna linia, która jest produkowana i dystrybuowana jedynie w porozumieniu z drogerią Kontigo. Nie zdziwiłoby mnie wcale, jeśli formuła słynnych musów byłaby taka sama bądź podobna. Ciężko mi je porównywać, ponieważ nie miałam jeszcze okazji Biolove testować, mimo to jest to dość ciekawy fakt. Informujecie również w komentarzach, że tego samego producenta posiadają kosmetyki marki Bioamare. Postanowiłam dopisać tutaj tą ciekawostkę, jeżeli ktoś nie wczytuje się w komentarze. Jeśli o samą markę Nacomi chodzi, to w Sieci raczej mało znajdziemy o niej informacji. Jest to młoda, bo powstała w 2015 roku, prężnie rozwijająca się marka z małej wsi na południu Polski. Pamiętam ich stronę internetową i ofertę jeszcze z początków działalności, teraz to miejsce jest nie do poznania. Asortyment sklepu znacznie się od tego czasu powiększył i o tej małej firmie zrobiło się głośno w Internecie. Rozsławiły ją zadowolone klientki, które doceniły bogate składy kosmetyków, ich nietypowe formuły oraz widoczne, pozytywne działanie na skórę. Misją firmy jest "dostarczanie najwyższej jakości kosmetyków o naturalnych składach, pięknych zapachach i dobroczynnym działaniu, ale w przystępnej cenie, by naturalna pielęgnacja nie była zarezerwowana tylko dla wybranych". Czy to nie brzmi pięknie? Niestety często zdarza się tak, że kosmetyki bazujące na naturalnych ekstraktach są droższe. W przypadku Nacomi tak nie jest i są to dobre produkty na każdą kieszeń. Marka postępuje zgodnie ze swoimi założeniami, zmienia i ulepsza szatę graficzną opakowań, poszerza wachlarz produktów, bez zmian jakości i ceny. Oczywiście słyszałam o minimalnych różnicach w składach nowych kosmetyków marki, w porównaniu do tych starszych. Moim zdaniem jednak jest to związane z szybką rozbudową przedsiębiorstwa, stawianiem czoła konkurentom obecnym już na rynku i tylko ten, kto nie stoi w miejscu ma możliwość odnieść sukces. Kosmetyki Nacomi pokochałam z całego serca od pierwszego użycia, ich ciasteczkowy mus do ciała został moim ulubieńcem kwietnia i maja. W tym wpisie przyznałam mu miano najbardziej naturalnie pachnącego kosmetyku jakiego miałam okazję używać. Jeśli chcecie poznać inne kosmetyki z Nacomi, które podbiły moje serce, to zapraszam to dalszej lektury. Może i Wasze serduszka zabiją do nich mocniej po mojej recenzji. 
Copyright © 2016 Hellojza About Beauty , Blogger